Ula Fiedorowicz

Najlepsze miejsce na świecie (jeżeli kochasz jedzenie)

Na temat Singapuru słyszałam różne opinie, jednych zachwyca, drugich wręcz przeciwnie. Nic dziwnego, że budzi skrajne emocje, dużo w nim kontrastów. To chyba nie jest miasto, które odpowiadałoby mojej osobowości. Niekoniecznie interesuje mnie ten pęd za pieniądzem, wspinanie się po szczeblach kariery w korporacji, opieranie rozrywki o zakupy i dążenie do życia w luksusach. Istnieje jednak powód, dla którego mogłabym się tam przeprowadzić choćby jutro... Chodzi o jedzenie.

Singapur to jedno z najszybciej rozwijających się państw, o bardzo liberalnej gospodarce, a jednocześnie  pełna kontrola mediów przez rząd i brak poszanowania dla wolności słowa. Słynne już zakazy i kary pieniężne za sprzedawanie/ żucie gumy (żeby nie oblepiać chodników), plucie, nie spłukiwanie publicznych toalet i wiele innych. Ponadto nadal obecna jest kara chłosty, a Singapur prowadzi na świecie pod względem najwyższej liczby wyroków śmierci w przeliczeniu na ilość mieszkańców. W zamian jest czysto, spokojnie i bezpiecznie, a dopóki towarzyszyć temu będzie również wzrost gospodarczy, ludzie nie będą narzekać nawet na brak wolności słowa, bo tutaj bardziej liczą się pieniądze.   

Singapur by night

Po przekroczeniu granicy malezyjsko- singapurskiej zaczęłam uważnie obserwować zmieniające się obrazy za oknem, a w mojej głowie pojawiło się mnóstwo myśli. Nagle w środku Azji, poczułam się jakbym wjeżdżała do jakiejś zachodniej metropolii. Porządek od razu rzucił mi się w oczy, ilość bloków mieszkalnych, wieżowców też. To drugie, po Monako, najgęściej zaludnione państwo, chociaż wieczorne pustki na ulicach tego nie sugerowały. Było około godziny 22, ale mijany osiedlowy kort tenisowy pękał w szwach. Pomyślałam, że ludzie dbają o kondycję o tak późnej porze, bo dopiero wrócili z pracy, w której Singapurczycy spędzają wyjątkowo dużo czasu.

Mijałam ekskluzywne hotele i restauracje i po raz pierwszy od trzech tygodni znowu poczułam się biedakiem, który co najwyżej może podziwiać wystawy w sklepach. Na Filipinach, Tajlandii, w Malezji było na odwrót i w ogóle o tym nie myślałam, a w Singapurze znowu dopadło mnie to znajome z mojego świata uczucie.

Minęłam Marina Bay ze słynnym hotelem Sands Skypark za 6 mld dolarów, który funkcjonuje dopiero od dwóch lat. Trzy hotelowe wieżowce z najdroższym kasynem i dachem w kształcie statku, gdzie znajduje się 150 m fantastyczny basen, najwyżej położony na świecie (55 piętro) tej wielkości basen.

Hawker centers, czyli gdzie jeść w Singapurze

Tutaj fast food jest dobrym jedzeniem, które ma niewiele wspólnego z paskudnymi sieciowymi restauracjami z Zachodu. Europa i Ameryka mogłyby się czegoś nauczyć. Niebem dla każdego miłośnika jedzenia, a może po prostu głodnej osoby, są  hawker centres. Zadaszona przestrzeń
z niezliczoną ilością stoisk z żywnością oraz stołami i ławami/krzesłami rozstawionymi co krok. To street food, który w wyczulonym na czystość i porządek Singapurze, nie mógłby funkcjonować na ulicy, więc przeniesiono go w jedno miejsce. Wybór jest tak ogromny, że można krążyć, oglądać
i zgubić się w tym labiryncie dobrego jedzenia. Sprzedawcy to zazwyczaj starsi ludzie, którzy te same dania przygotowują od kilkudziesięciu lat. Zauważyłam, że często razem pracują małżeństwa, pomagając sobie nawzajem. 


W ostatnich latach coraz więcej hawker centres przenosi się do pomieszczeń zamkniętych, klimatyzowanych lub centrów handlowych. Powodem są m.in. wyższe standardy higieny
i promowanie kuchni singapurskiej w sposób przyjazny dla turystów. Już nie starzy Singapurczycy gotują na widoku, ale młodzi szefowie kuchni. W tym skomercjalizowanym mieście najbardziej autentyczne wydało mi się zamiłowanie do jedzenia i stary hawker centre w Chinatown.

Co tam próbowałam? Popiah, czyli coś w rodzaju naleśnika z nadzieniem składającym się w skrócie z warzyw, owoców morza lub mięsa. Zastanawiałam się też nad kaczką, ale nagle zobaczyłam stoisko, przed którym ustawiona była kolejka. To był najlepszy znak, że właśnie tutaj powinnam zjeść.  Żona zbierała zamówienia, a mąż przygotowywał zupę. Pracował tak szybko, że nie dowierzałam własnym oczom. Wszystko gotował na świeżo i zrobienie zupy zajęło mu ze trzy minuty. A efekt? Zupa okazała się rewelacyjna, nudle idealnie ugotowane i chociaż wydawało mi się, że nie dam rady zjeść wszystkiego, to opróżniłam cała miskę.

Ostatnią rzeczą, jaką tam zjadłam był coconut pancake, czyli powiedzmy, że naleśnik nadziewany kokosem, składany jak kanapka. Z zewnątrz chrupiący, w środku miękki i puszysty. Był tak dobry, że jadłam go ze szklankami w oczach. Chcę jeść takie desery na co dzień!

Przypomniałam sobie odcinek "No Reservations" z Singapuru, gdzie Anthony Bourdain pochylony nad (podobno najlepszym w mieście) talerzem chicken rice, wypowiedział zdanie "Jeśli kochasz jedzenie, to może być najlepsze miejsce na Ziemi". Przekonałam się, że Anthony tradycyjnie wiedział co mówi... 

zdjęcia: Ula Fiedorowicz / Tekst pochodzi z bloga adamantwanderer.blogspot.com.

 

Podróż za podróż.
Wygraj wyprawę życia!

Pokaż najlepsze zdjęcia ze swojej podróży i podziel się
wrażeniami. Zainspiruj innych do poznawania świata!

Weź udział w konkursie

Babskie sprawy

Jak w trakcie emocjonującej wyprawy poradzić sobie w "te dni"? Poznaj zdanie ekspertów i wypróbuj niezawodną ochronę.

Zobacz poradnik
Zobacz wszystkie

Wasze podróże

Poznaj autorki

Blogerki polecają