Paulina Grabara

Sudan to inny świat

Sudan to kraj nieskażony turystyką komercyjną.  Joanna, psycholog z wykształcenia, a nurek z zamiłowania, zdecydowała się więc wybrać w podróż inną niż wszystkie. Najbardziej fascynowało ją, że kraj jest tak niedostępny i niezbadany, czekała na przygodę. Oto impresje Joanny.

Schariat, magia i zabobony

Sudan jako islamskie państwo wyznaniowe objęty jest pełną prohibicją, ale wbrew powszechnym opiniom nie dotyczy ona obcokrajowców i innowierców, podobnie jak konieczność zakrywania włosów, szyi, ramion i nóg. Z resztą schariat został tu wprowadzony siłą i jako taki nie cieszy się zbyt wysokim uznaniem wśród Sudańczyków, którzy korzystają z luk i sami je tworzą. To afrykański kraj – pełen magii i zabobonów, pogańskich wierzeń i pierwotnych potrzeb. Przyrzucony chustą, która nie wszystko zakrywa, a poprawiana jest niedbale i bez atencji.

Khartoum

Aglomeracja Khartoum – Bahry – Omdurman to spokojna stolica o niskiej zabudowie i zdecydowanie umiarkowanym natężeniu ruchu, nawet w godzinach szczytu. Kierowcy celebrują jazdę samochodem, przynajmniej z mojego punktu widzenia. Natomiast piesi, na samochody raczej uwagi nie zwracają i to stanowi pewne zagrożenie. Khartoum to szybko rozwijające się miasto, gdzie znajduje się większość firm i przedsiębiorstw.

Omdurman stanowi bardziej sypialnię, gdzie ciągle najważniejsze są stosunki rodzinne i sąsiedzkie. W Omdurmanie byliśmy na świecie sufi (odłam islamu) Mulid. To taki wielki odpust czy jarmark pełen słodyczy, robionych tylko na ten dzień: różowych rycerzy na koniach w rozmaitych wymiarach i różnych ciastek i ciasteczek, cukrowej waty i lodów. Dzieci chodzą w szpiczastych czapkach i kupują chińskie zabawki. Meczet rozświetlony jest mnóstwem lampek. Radosne święto. No i do pracy się nie idzie. 

Bahry, pozostało dla mnie tajemnicą. Khartoum to również całkiem niezłe hotele, restauracje z dobrym jedzeniem z różnych stron świata. Czasem muzyka na żywo, taka inna od arabskiej, taka afrykańska.

Nil

Wielka, piękna rzeka. Jak to mówią Sudańczycy – najlepsza rzecz jaką mamy. Podoba mi się takie podejście. Spędzanie czasu nad Nilem, pikniki, pływanie łódeczkami, wędkowanie. Gabel Ałlia to oddalone o ok. 30 km od Khartoumu miejsce, gdzie stuletnia tama nieco piętrzy i reguluje przepływ wody na Nilu. Tu przyjeżdża najwięcej ludzi. Wokół miasta sterty śmieci, ciągną się kilometrami. Nienawidzę tego. Odpadki i papier zjedzą kozy czyścicielki, ale plastik lata całe będzie leżał. Nad Nilem sprzedawcy karkade i jedzonka z grilla porządkują parę metrów kwadratowych wokół swojego straganu. Co do jednego paproszka, a wokół sterty śmieci.

Pływamy łódką, pijemy karkade, potem w małej knajpce jemy pyyyszne świeże ryby prosto z Nilu. Moja karta Master Card nie działa i nie zadziała, bo Narodowy Bank Sudanu nie ma z nimi umowy, więc jest lekka wtopa. Musimy też sprawdzić samochód i ostatecznie przyklepać cenę, więc trochę do zrobienia jest. Udaje nam się zrobić prawie wszystko. Zatwierdzamy samochód i cenę, zaklepujemy człowieka z security, który musi z nami jechać, wyliczamy co do funta kasę na trasę do Port Sudanu i dogrywamy przekaz pieniędzy do Port Sudanu za pomocą Western Union. Sporo na tym tracimy, bo w Sudanie waluta na czarnym rynku ma znacznie lepszy kurs niż w bankach.

W podróży

Podróżowanie z mężczyznami, tubylcami jest rewelacyjne, ale nie od razu się o tym przekonałam. Santo, mój przewodnik, miał teraz trzech facetów i to swoich ziomków, z których żaden nie mówił po angielsku. W stosunku do moich planów było ich o dwóch za dużo. Miałam nadzieję, że security będzie równocześnie spare driverem, ale nic z tego. Tutaj funkcja to funkcja: Amged – kierowca; Halid – security, Walid – major wojsk lądowych, brat security (jedzie ponieważ jego najbliższy przyjaciel jest dowódcą straży morskiej czy przybrzeżnej odpowiadającym za regulację przepisów nurkowych w Sudanie. Na Morzu Czerwonym rzecz jasna – ogólnie przepustka wszędzie). Minęliśmy check point na wyjeździe z Khartoumu i zamieniłam się miejscem z Amgedem. Wypytałam o parę szczegółów: maksymalna prędkość w różnym terenie, ekonomia jazdy naszego samochodu i ruszyłam. Stara Toyota Land Cruiser zachowywała się jak baletnica na drodze: rozbujane zawieszenie, luz w kierownicy większy niż największy znany mi luz. Poklepałam Toyotkę po boku i po paru kilometrach już wiedziałam, że ją lubię. Myślę, że ona mnie też. Znacznie bardziej niż Amged, który wpatrywał się w drogę i sztywniał, kiedy tylko dodawałam gazu i przekraczałam 60 km na godzinę. Kiedy ustaliłam prędkość na 90 patrzył na przemian na mnie i na prędkościomierz. Po godzinie zaczął się uspokajać. Roześmiani mężczyźni zaczęli wydawać się mili, a kiedy po raz 10 usłyszałam good driver sama się roześmiałam.

Droga była prosta i pusta. Kiedy na tej drodze wyprzedziłam dwie ciężarówki pod rząd dostałam oklaski uznania. Teraz już naprawdę się śmiałam. Zadzwonił telefon, Amged odebrał i wszyscy ucichli, a potem zanim skończył gruchnęli tak głośnym rechotem, że i ja nie mogłam się powstrzymać Mohammed (Santo) pośpieszył z wyjaśnieniem. Zadzwonił właśnie właściciel samochodu i Amged mu powiedział, że jesteśmy jakieś 300 km od Khartoumu, że wszystko ok, ale nie może rozmawiać, bo prowadzi. Wtedy zorientowałam się, że chyba coś tu nie gra. No i nie gra. Kobiety mają tu dość ograniczone prawo prowadzenia samochodów. Mogą prowadzić w medinach i 40 km wokół miast. Ha…, ale umowa jest umową.

Jedzenie

W przydrożnej knajpce, panowie zamówili pyszne jedzonko. Kurczaki pieczone, koftę, sałatki, tachiny, chlebek. Wszyscy byliśmy głodni, więc rzuciliśmy się na jedzenie. Ja oczywiście obydwoma rękami. Sztućców raczej podczas tej podróży nie używaliśmy. Była to piękna odmiana po Khartoumie, gdzie w każdej restauracji dostawaliśmy komplet sztućców, z których tylko połowę umiałam prawidłowo użyć. Ale wracając do jedzenia dwoma rękami, zostałam szybko poinformowana przez Mohammeda, żeby używać raczej tylko prawej ręki, bo ta jest do tych rzeczy, a lewa raczej nieczysta. I że to nie obligatoryjne, tylko sugestia, ale patrząc na nich już wiedziałam, że lewą ręka można sobie pomóc, jeśli się nie jest ortodoksem, ale można używać również tylko prawej. Całkiem fajne było jeść tylko prawą ręka. Za to tylko ręką – nawet ciepłe ciasto z kremem. Nawet berbeluchę chleba z mięsem i bobem (full) ugniataną w paluchach. A może to było najfajniejsze.

Konflikt

Niestety w paru słowach wytłumaczenie konfliktu nie jest możliwe, ponieważ trwa on od wielu, wielu lat, a u jego podłoża leżą zarówno przyczyny gospodarcze (na południu leży większość złóż ropy naftowej), jak i wyznaniowe: południe jest chrześcijańsko-animistyczne, a północ islamska z wprowadzonym 1989 roku szariatem. Jednak, co jest dla nas ważne, po referendum w roku 2011 nastąpiło odłączenie części Sudanu i powstało nowe suwerenne państwo Sudan Południowy. Sudan uznał niezależność nowego państwa, co jednak nie zakończyło konfliktu, ponieważ wiele spraw nie zostało nadal wyjaśnionych i ustalonych pomiędzy nowymi sąsiadami. Dlatego też co jakiś czas słyszymy o walkach w rejonach przygranicznych.

Chciałabym mieć nadzieję, że konflikt pomiędzy Sudanem a Sudanem Południowym zostanie rozwiązany, a nie przerodzi się w długotrwały stan zagrożenia wojennego, działający jak czynny, uśpiony wulkan. Konflikt istotnie stale istnieje i stąd „czarny pijar” tego regionu, ale jednocześnie muszę z całą świadomością podkreślić, że w odwiedzonej przeze mnie części kraju można czuć się bezpiecznie. W tym rejonie nie można dostrzec jakichkolwiek oznak niepokoju, nie widać żadnych zamieszek, nie czuje się żadnego zagrożenia. Turyści, a raczej obcokrajowcy, bo turystów jak już pisałam ciągle raczej nie ma, traktowani są ze szczególna troską. Militarny system tego kraju można poczuć w ilości check pointów mijanych w trasie.

Spotkania

Na drugim postoju zostałam zaproszona do rozmowy i towarzystwa w cieniu przez imama pobliskiego meczetu. Uroczy staruszek, który dogadywał się ze mną całkiem dobrze używając tylko arabskiego języka i mowy ciała. Takie osoby jak on kompletnie zmieniają obraz islamu, który jest nam sprzedawany na co dzień. Nie przeszkadzało mu, że mam odkryte włosy i szyję i że jestem „niewierna”. Po prostu zaproponował miejsce w cieniu, wodę, chciał się dowiedzieć skąd jestem i dlaczego przyjechałam do tego kraju. Szkoda, że tak mało czasu mamy na przebywanie z ludźmi.

Talizmany i skorpiony

Na przedmieściach Kassali zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Szybka kawa i toaleta. Ale nie, nie… Pojawiła się pan z talizmanami. Wszyscy Sudańczycy kupowali, więc ja też. Maleńkie talizmany ze skóry. Niektóre, żeby zapobiec klątwie „black eyes” inne, żeby Cię na wieki kochali. Oczywiście wzięłam obydwa. I wtedy pan otworzył drugi pojemniczek. Miał w nim zielone skorpiony. Całkiem spore. Wyciągał je po kolei pokazując nam, trzymając w ręce kawałek drewienka. Jak się okazało też czarodziejskiego – odtrutkę na jad skorpiona.  Wow… dał mi drewienko i wyciągnął w moja stronę całkiem duży okaz. Hola, hola, czy ja wyglądam na szaloną? Niech pan najpierw pokaże jak użyć drewienka jak mnie ukąsi. Moi towarzysze śmiali się, ale nie pchali się do skorpionów. Drewienko należy nadgryźć dobrze poślinić i pocierać nim miejsce ukąszenia. OK, no to skoro wiem co potem, to mogę brać skorpiona. Nie mogę powiedzieć, żebym czuła się całkiem pewnie, ale faktycznie skorpion chodząc po mojej ręce koło drewienka podnosił wysoko ogon.

Tekst pochodzi z bloga intopassion.com

Podróż za podróż.
Wygraj wyprawę życia!

Pokaż najlepsze zdjęcia ze swojej podróży i podziel się
wrażeniami. Zainspiruj innych do poznawania świata!

Weź udział w konkursie

Babskie sprawy

Jak w trakcie emocjonującej wyprawy poradzić sobie w "te dni"? Poznaj zdanie ekspertów i wypróbuj niezawodną ochronę.

Zobacz poradnik
Zobacz wszystkie

Wasze podróże

Poznaj autorki

Blogerki polecają

Wakacje się rozpoczęły. Rozpoczęło się "życie jak w Madrycie". A gdyby tak to słynne powiedzenie urzeczywistnić?

Zobacz więcej Życie jak w Madrycie