Paulina Grabara

Nowy Jork: najpierw zaliczasz ikony

Nowy Jork – miłość wszystkich, których spotkałam, którzy byli i spędzili trochę czasu w tym magicznym mieście. Także Ewy, która jest w ciągłym biegu, uwielbia wymyślać, tworzyć, działać. Jej życie zawodowe pochłania Gdańsk i jego promocja. Ale dobrze czuje się w Berlinie i Filadelfii. Może dlatego, że ich klimat tak bardzo podobny jest do gdańskiego. Tym razem jednak opowiada o Nowym Jorku.

Jedziesz ze sporą grupą znajomych. Nocleg rezerwujecie w świetnie skomunikowanym miejscu. Przy stacji metra, obok Central Parku. Brzmi idealnie. Czujecie się trochę dziwnie, gdy ktoś, kto był w Nowym Jorku niejeden raz mówi, że powyżej 70. przecznicy jest dość niebezpiecznie. Wy macie spać na 103.

Bierzesz koc. Kupujesz owoce, jogurt, bajgle. Idziesz ze znajomymi do Central Parku. Jecie śniadanie na trawie, wokół jogging, baseball w wydaniu dziecięcym, szare wiewiórki. Jednak jest tak, jak miało być.

W przerwie pomiędzy spotkaniami z Warholem, Lichtensteinem, Chagallem, Dalim, zajadasz pasternakowo-marchewkową zupę w bistro w budynku MoMy (Museum of Modern Art). Przyjaciółka z dzieciństwa zabiera Cię do jednej ze swoich ulubionych knajp, w której jecie organiczną sałatkę, wspominając swoje szczeniackie wybryki.

Poruszasz się metrem. Czysto nie jest. Na niektórych stacjach po torach biegają szczury (nie to co klinicznie czyste singapurskie metro, w którym nie możesz napić się nawet łyka wody. No chyba, że chcesz zapłacić 1000 SGD kary). Samozwańczy przewodnik stada uważa, że powinniście wybrać metro, które jedzie na Downtown. Ty jesteś przekonana, że na Uptown. Niestety tym razem nie miałaś racji. Bardzo mocno broniłaś swojego zdania, przekonana o swojej szerokiej wiedzy na temat topografii NY, dlatego dla wszystkich na zawsze już pozostaniesz Uptownem.

By nie przemoknąć do suchej nitki, chowasz się na chwilę w American Apparel i na wieszaku vintage trafiasz na wymarzony ciuch.

Popijając mleczko kokosowe prosto z kokosa, zachwycasz się kolorową tandetą na China Town.

Na Foursquarze znajdujesz listę najnowszych burger jointów. kiedy nagle chwyta Cię głód, wybierasz miejsce, które jest najbliżej. Trafiasz do Whitmana. Cieszysz się jak dziecko, bo odblokowujesz pierwszego w swojej karierze speciala – dostajesz darmową puszkę coli.

Drugą wizytę w Nowym Jorku rozpoczynasz od rejsu promem na Staten Island, na której nic nie ma, spędzacie więc z koleżanką godzinę, siedząc na ławce pod stadionem Yankesów (zastanawiacie się, dlaczego jest tak mały, dopiero później dochodzi do Was, że to Staten Island Yankees, a nie New York Yankees).

Robisz zdjęcia ludziom robiącym zdjęcia przy słynnym giełdowym byku. I sobie ze studolaróką na Wall Street.

Zapuszczasz się na Tribecę, w której akurat odbywa się festiwal filmowy Roberta De Niro. Kupujesz bilet na film. Dlaczego akurat na ten? Bo jesteś ciekawa, czy „Cheerful Weather for the Wedding” na pewno będzie cheerful. Film ok. Niestety nie czujesz klimatu festiwalowego, który znasz z Kazimierza Dolnego, Cieszyna czy Wrocławia. Może jesteś za krótko, ale przynajmniej dostajesz odznakę Tribeca Film Festival na Foursquarze.

Jedziesz na Harlem, żeby posłuchać gospel. Udaje Ci się przechytrzyć stojących w kilometrowej kolejce przez kościołem, który wymieniany jest w każdym przewodniku. Biegniesz do innego, w którym panie ubrane na biało wręczają Ci wachlarz z reklamą zakładu pogrzebowego. Stoisz na balkonie przewidzianym dla obserwatorów. Ukradkiem nagrywasz jedną z pieśni. Czujesz się dziwnie, bo nie wpadasz w trans jak wszyscy obecni na dole. Dobitnie zdajesz sobie sprawę z różnic kulturowych.

Za najpiękniejszy nowojorski budynek uważasz wieżowiec Chryslera. Twoja miłość do niego rozpoczęła się po obejrzeniu „Cremaster3” Matthew Barneya. Choć nie jesteś uzależniony od nadgryzionego jabłka, lubisz też szklaną kostkę na Piątej Alei czyli Apple Store.

Nie wykupujesz lotu helikopterem nad Manhattanem. Wystarczy Ci widok z Rockefeller Center.

Wybierasz się na spacer po Brooklyn Bridge. Zaczynasz na Manhattanie tuż przed zachodem słońca. Spotykasz setki ludzi. Robisz mnóstwo zdjęć. Patrzysz w lewo, prawo, w górę, za siebie. Z każdej strony jest inaczej. Wszędzie jest pięknie. Kończysz na Brooklynie na tarasie widokowym, z którego roztacza się pocztówkowa panorama, a potem stoisz w prawie godzinnej kolejce do pizzerii.

Na każdym kroku słyszysz swoją ukochaną muzykę. Widzisz sceny z kultowych filmów. Masz wrażenie, że za chwilę spotkasz swoich przyjaciół, których znasz tylko z seriali. Idziesz więc na piwo do McLarena z HIMYM, a tak naprawdę do McGeesa.

Nie wchodzicie do jednego z secret clubów na East Village, bo nie zrobiliście rezerwacji. Przed drzwiami zaliczacie jednak kultową budkę telefoniczną.

Znajoma znajomego zaciąga Was do akademika Columbia University, a tam trafiacie na pełen energii jam session. Jazz. Ludzie z całego świata. Dobra zabawa. Nowy Jork w czystej formie.

Spędzasz w Nowym Jorku, a tak naprawdę na Manhattanie, łącznie ponad dwa tygodnie. Lubisz to miasto. A nawet kochasz. Masz przecież obowiązkowy t-shirt mówiący o tej miłości. Widziałeś większość z ikon tego miasta. Ale nie miałaś jeszcze czasu powłóczyć się porządnie po wszystkich dzielnicach. Zdajesz sobie sprawę, że prawie w ogóle nie znasz tego miasta. Nie znasz Manhattanu, nie mówiąc już nawet o tym, że nie byłaś w przeciekawych pozostałych boroughs - na Bronxie, Brooklynie, Queens. A może Staten Island też kryje w sobie jakąś wyjątkowość… trzeba to sprawdzić. Szukasz lotów na wrzesień.

zdjęcia: Ewa Salamon /  Tekst pochodzi z bloga intopassion.com.

Podróż za podróż.
Wygraj wyprawę życia!

Pokaż najlepsze zdjęcia ze swojej podróży i podziel się
wrażeniami. Zainspiruj innych do poznawania świata!

Weź udział w konkursie

Babskie sprawy

Jak w trakcie emocjonującej wyprawy poradzić sobie w "te dni"? Poznaj zdanie ekspertów i wypróbuj niezawodną ochronę.

Zobacz poradnik
Poznaj autorki

Blogerki polecają

Jerozolima i Betlejem, które znajduje się na terenie Palestyny, przyciągają miliony pielgrzymów. Mnie nie przyciągnęła religia.

Zobacz więcej Uścisk dłoni w Izraelu